CiekawostkiGospodarkaPolityka

Bańka sztucznej inteligencji i walka o kontrolę. Czy oddajemy przyszłość w ręce kilku firm?

W świecie sztucznej inteligencji dzieje się coraz więcej, ale nie wszystkie wydarzenia trafiają na pierwsze strony gazet. Jedne przyciągają uwagę miliardami dolarów i nazwiskami najbogatszych ludzi świata. Inne pokazują coś głębszego: kto naprawdę będzie kontrolował technologię, dane i podstawowe cyfrowe usługi państw.

W ostatnich dniach szczególnie wyraźnie widać dwa wątki. Pierwszy dotyczy możliwej bańki inwestycyjnej wokół sztucznej inteligencji. Drugi — rosnącej zależności państw od technologii kontrolowanej przez zagraniczne firmy, głównie z USA.

Emerytury zwykłych ludzi zależne od sukcesu gigantów AI

Po wejściu SpaceX na giełdę Elon Musk został określony jako pierwszy bilioner świata. Jednocześnie pojawiły się informacje o przygotowaniach do wejścia na giełdę firm Anthropic i OpenAI.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to sprawa inwestorów, technologów i wielkich pieniędzy. W praktyce jednak dotyczy także zwykłych ludzi.

Wielu pracowników odkłada pieniądze w funduszach emerytalnych, które inwestują w akcje. Część tych funduszy podąża za indeksami takimi jak S&P 500 czy Nasdaq. Jeśli firmy takie jak SpaceX, OpenAI czy Anthropic trafią do tych indeksów, pieniądze emerytalne milionów ludzi staną się pośrednio zależne od ich wyceny i sukcesu.

To oznacza, że nawet osoby, które nigdy nie zdecydowałyby się samodzielnie inwestować w ryzykowne firmy AI, mogą zostać wciągnięte w ten system przez swoje fundusze emerytalne.

Czy sztuczna inteligencja to bańka?

Zwolennicy AI widzą w niej ogromny postęp: wzrost produktywności, przełomy w medycynie, nowe narzędzia w nauce, gospodarce i walce ze zmianami klimatu. Ich zdaniem sztuczna inteligencja może doprowadzić do skoku cywilizacyjnego.

Sceptycy nie twierdzą, że AI nie przyniesie żadnych korzyści. Ostrzegają jednak, że obecne wyceny firm technologicznych mogą być oderwane od realnych przychodów.

Największe firmy inwestują ogromne pieniądze w centra danych, infrastrukturę, energię i sprzęt. Amazon, Alphabet, Meta i Microsoft mają przeznaczać setki miliardów dolarów na rozwój infrastruktury AI. Jednocześnie przychody firm takich jak OpenAI i Anthropic są nadal nieporównywalnie mniejsze od skali inwestycji.

Problem jest prosty: firmy wydają gigantyczne kwoty, ale nadal nie udowodniły, że potrafią zbudować stabilny, długoterminowo opłacalny model biznesowy na taką skalę, jaką zakładają inwestorzy.

Pieniądze krążą między tymi samymi firmami

Szczególną uwagę budzą powiązania między największymi firmami AI. Przykładem jest sytuacja, w której producent chipów Nvidia inwestuje ogromne pieniądze w OpenAI, a OpenAI wykorzystuje te środki do zakupu chipów od Nvidii.

Na papierze rośnie wartość obu firm. Jedna pokazuje inwestycję, druga pokazuje finansowanie i popyt na swoje usługi. Ale jeśli te same miliardy krążą między powiązanymi podmiotami, pojawia się pytanie, ile w tym realnej wartości, a ile wzajemnego pompowania wycen.

To właśnie dlatego coraz więcej analityków i instytucji finansowych ostrzega przed możliwą bańką. Jeśli oczekiwania wobec AI okażą się przesadzone, skutki nie ograniczą się do Doliny Krzemowej. Mogą dotknąć giełd, funduszy emerytalnych i oszczędności zwykłych ludzi.

Człowiek w zbroi Iron Mana

Zwolennicy AI często opisują ją jako narzędzie, które nie zastąpi człowieka, ale da mu nadludzkie możliwości. Porównują ją do zbroi Iron Mana: człowiek nadal podejmuje decyzje, a technologia jedynie wzmacnia jego zdolności.

Ale ta metafora ma też drugą stronę.

Co się dzieje, gdy człowiek zaczyna zbyt mocno polegać na zbroi? Gdy przestaje samodzielnie liczyć, analizować, pisać, pamiętać, myśleć i rozwiązywać problemy? Z czasem mięśnie słabną, zdolności zanikają, a człowiek staje się zależny od systemu, którego już nie rozumie i nie kontroluje.

Jeśli technologia zawiedzie, zostanie odłączona, zacznie generować błędy albo przejmie ją ktoś inny, użytkownik może zostać bez narzędzi, które wcześniej sam posiadał.

Największe ryzyko nie polega więc wyłącznie na tym, że AI „przejmie władzę”. Bardziej realne jest to, że ludzie, firmy i państwa same oddadzą jej coraz więcej decyzji, aż pewnego dnia odkryją, że bez niej nie potrafią już funkcjonować.

Cyfrowa suwerenność: Holandia mówi „nie”

Drugi ważny wątek dotyczy kontroli nad kluczową infrastrukturą cyfrową. Holenderskie władze zablokowały przejęcie firmy Solvinity przez amerykańskie przedsiębiorstwo Kyndryl.

Solvinity pełni w Holandii ważną rolę w obszarze cyfrowej tożsamości i usług zaufania — podobnie jak Auðkenni na Islandii. Władze uznały, że sprzedaż tak istotnej infrastruktury zagranicznej firmie byłaby zagrożeniem dla interesu publicznego.

Powód jest oczywisty: cyfrowa tożsamość obywateli, dane i systemy uwierzytelniania nie są zwykłym produktem rynkowym. To element państwowej infrastruktury. Jeśli kontrolę nad nim przejmuje podmiot zagraniczny, państwo traci część swojej realnej niezależności.

Holandia uznała, że w obecnej sytuacji geopolitycznej nie może sobie pozwolić na taką zależność.

USA mogą wymuszać dostęp do danych

Obawy Holendrów nie są teoretyczne. Amerykańskie prawo daje władzom USA możliwość zmuszania amerykańskich firm do przekazywania danych w określonych sytuacjach. Jeśli więc europejskie dane znajdują się pod kontrolą amerykańskiej firmy, pojawia się pytanie, kto w praktyce ma do nich dostęp.

Podobne obawy dotyczą usług chmurowych. Duża część europejskiej infrastruktury cyfrowej opiera się dziś na Amazonie, Google i Microsofcie. Oznacza to, że administracja, biznes, dane obywateli i kluczowe systemy państwowe są w ogromnym stopniu zależne od firm spoza Europy.

To nie jest tylko kwestia wygody technologicznej. To kwestia suwerenności.

AI jako narzędzie geopolityczne

Kolejny przykład pokazuje, jak szybko technologia AI może stać się narzędziem polityki państwowej. Według opisanych informacji administracja USA miała nakazać firmie Anthropic zablokowanie dostępu zagranicznych obywateli do wybranych modeli sztucznej inteligencji ze względów bezpieczeństwa narodowego.

Nawet jeśli taka decyzja ma swoje uzasadnienie z perspektywy państwa, pokazuje ona jeden ważny fakt: dostęp do najważniejszych technologii może zostać ograniczony decyzją polityczną. Firmy technologiczne nie działają w próżni. Podlegają prawu i interesom państw, w których są zarejestrowane.

Jeśli więc Europa, Islandia czy inne kraje budują swoje systemy na technologiach kontrolowanych przez zewnętrzne mocarstwa, muszą liczyć się z tym, że dostęp do tych technologii może zostać kiedyś ograniczony, zmieniony albo wykorzystany jako narzędzie nacisku.

Zależność techniczna i psychiczna

Jest jeszcze jeden wymiar tej debaty. AI coraz częściej staje się nie tylko narzędziem pracy, ale też towarzyszem emocjonalnym. Ludzie używają chatbotów jako psychologów, doradców, partnerów rozmowy, a nawet wirtualnych dziewczyn czy chłopaków.

To pokazuje, że człowiek zaczyna być zależny od technologii nie tylko zawodowo i ekonomicznie, ale również psychicznie.

Co stanie się, jeśli taka usługa zostanie nagle wyłączona? Jeśli zacznie działać inaczej? Jeśli firma zmieni regulamin, cennik, algorytm albo dostępność? Co stanie się z ludźmi, którzy powierzyli technologii swoje emocje, samotność i codzienne decyzje?

To są pytania, które jeszcze niedawno brzmiały jak science fiction. Dziś stają się praktycznym problemem społecznym.

Europa próbuje wyrwać się z zależności

Przez lata Europa opierała swoją cyfrową infrastrukturę na amerykańskich firmach technologicznych. Było to wygodne, szybkie i często tańsze niż budowanie własnych rozwiązań.

Ale wraz ze zmianą sytuacji geopolitycznej coraz wyraźniej widać, że taka zależność ma swoją cenę. Jeśli chmura, systemy administracji, dane obywateli, komunikacja, narzędzia AI i cyfrowa tożsamość zależą od firm zewnętrznych, to państwo nie jest w pełni suwerenne.

Dlatego coraz więcej krajów zaczyna mówić o cyfrowej niezależności, lokalnej infrastrukturze, europejskich rozwiązaniach chmurowych i ochronie kluczowych danych.

Debata o sztucznej inteligencji nie dotyczy już tylko technologii. Dotyczy pieniędzy, emerytur, państwowej suwerenności, kontroli nad danymi, bezpieczeństwa narodowego i psychicznej zależności człowieka od maszyn.

AI może przynieść ogromne korzyści. Może pomagać lekarzom, naukowcom, firmom i zwykłym ludziom. Ale jednocześnie może stać się kolejnym systemem, w którym bogactwo, dane i władza skupiają się w rękach bardzo niewielu podmiotów.

Największym błędem byłoby dziś zachwycać się technologią bez zadawania podstawowych pytań: kto ją kontroluje, kto na niej zarabia, kto ponosi ryzyko i co stanie się, jeśli system zawiedzie?

Bo jeśli sztuczna inteligencja okaże się bańką, rachunek nie zapłacą wyłącznie miliarderzy z Doliny Krzemowej. Mogą zapłacić go także zwykli pracownicy, emeryci i państwa, które zbyt późno zrozumiały, że cyfrowa zależność jest nową formą utraty kontroli.

Źródło
mbl.isRÚV
Back to top button