Islandia nigdy nie spełniła jednocześnie wszystkich warunków wymaganych do przyjęcia euro. Tak wynika z analizy zawartej w raporcie o Unii Europejskiej i otoczeniu biznesowym, przygotowanym przez think tank Evrópustraumar dla Félag atvinnurekenda oraz Íslensk-evrópska verslunarráðið.
Chodzi o tzw. kryteria z Maastricht, czyli zestaw wymogów, które państwo musi spełnić, zanim będzie mogło przyjąć euro. Dotyczą one m.in. inflacji, różnicy stóp procentowych, stabilności kursu walutowego, długu publicznego i deficytu finansów publicznych.
Według raportu Islandia w najlepszych latach spełniała najwyżej trzy z pięciu kryteriów. Taki wynik osiągnięto m.in. w 2024 roku, kiedy w granicach wymogów znalazły się finanse publiczne, poziom długu państwa oraz stabilność kursowa. Podobnie było w 2022 roku, choć wtedy spełnione były inne warunki — dotyczące inflacji i różnicy stóp procentowych.
W 2026 roku sytuacja ponownie się pogorszyła, szczególnie w zakresie inflacji i stóp procentowych.
Euro nie rozwiązałoby problemów od razu
Raport wskazuje, że samo wejście do Unii Europejskiej nie oznaczałoby natychmiastowego przyjęcia euro. W przypadku nowych państw członkowskich od wejścia do UE do przyjęcia wspólnej waluty mijało od kilku do nawet kilkunastu lat.
Islandia musiałaby najpierw spełnić wymagane kryteria, a to oznaczałoby konieczność prowadzenia odpowiedzialnej polityki gospodarczej jeszcze przed ewentualnym wejściem do strefy euro.
Autor raportu, Hallgrímur Oddsson, zauważa, że przyjęcie euro mogłoby być raczej narzędziem długoterminowej stabilizacji niż szybkim rozwiązaniem obecnych problemów z inflacją. Innymi słowy, aby dojść do euro, Islandia i tak musiałaby wcześniej zrobić wiele rzeczy, które są potrzebne do obniżenia inflacji i stóp procentowych.
Chodzi m.in. o politykę płacową, decyzje dotyczące wydatków publicznych, podatków, długu państwa i działań banku centralnego.
Niższe stopy procentowe, ale nie bez skutków ubocznych
Jednym z najczęściej podnoszonych argumentów za euro są niższe stopy procentowe. W raporcie wskazano, że od 2015 do 2025 roku oprocentowanie kredytów dla firm było na Islandii o około trzy do sześciu punktów procentowych wyższe niż w strefie euro.
Przyjęcie euro mogłoby więc obniżyć koszty finansowania dla firm i gospodarstw domowych. Kredyty byłyby oparte na stopach procentowych strefy euro, a banki mogłyby finansować się w euro.
Nie oznacza to jednak, że wszystkie koszty automatycznie spadłyby do poziomu największych państw UE. Na warunki kredytowe nadal wpływałyby lokalne czynniki, takie jak wymogi kapitałowe, podatki bankowe czy ocena ryzyka islandzkiej gospodarki przez inwestorów.
Raport zaznacza też, że trudno dokładnie przewidzieć, jak szybko i jak mocno spadłyby koszty finansowania po przyjęciu euro.
Wzrost cen nieruchomości i aktywów
Niższe stopy procentowe miałyby również drugą stronę. Według raportu wejście Islandii do UE i późniejsze przyjęcie euro prawdopodobnie doprowadziłoby do wzrostu cen nieruchomości, akcji i obligacji.
Dlaczego? Bo niższe stopy procentowe zwiększają zdolność kredytową kupujących, a usunięcie ryzyka walutowego mogłoby przyciągnąć więcej zagranicznego kapitału. Większa liczba kupujących na małym islandzkim rynku mogłaby podbić ceny aktywów.
To oznacza, że choć kredyty mogłyby być tańsze, same nieruchomości mogłyby stać się jeszcze droższe. Dla części osób byłaby to korzyść, zwłaszcza dla właścicieli mieszkań i aktywów. Dla młodych ludzi oraz pierwszych kupujących mogłoby to jednak oznaczać jeszcze trudniejszy dostęp do własnego mieszkania.
Co z islandzkimi firmami i zasobami?
Raport zwraca również uwagę na kwestię dostępu zagranicznych inwestorów do islandzkich aktywów. Już dziś inwestorzy z Europejskiego Obszaru Gospodarczego mogą inwestować na Islandii, ale istnieją szczególne islandzkie przepisy ograniczające zagraniczne posiadanie udziałów w firmach rybackich.
Autor raportu ocenia, że trudno byłoby utrzymać takie ograniczenia po wejściu Islandii do UE, chyba że udałoby się wynegocjować specjalne wyjątki lub szczególne rozwiązania.
To ważny punkt, ponieważ rybołówstwo nie jest dla Islandii zwykłą branżą. To jeden z filarów gospodarki, eksportu i suwerenności gospodarczej państwa.
Nie tylko korzyści, ale też pytania o koszty
Debata o wejściu Islandii do Unii Europejskiej i przyjęciu euro często skupia się na potencjalnych korzyściach: niższych stopach procentowych, stabilniejszej walucie, tańszym finansowaniu, łatwiejszym handlu i większej przewidywalności.
Problem w tym, że rzadziej mówi się równie jasno o możliwych kosztach i ryzykach. Każda duża decyzja ustrojowa i gospodarcza ma dwie strony. W przypadku Islandii pytanie nie dotyczy wyłącznie tego, czy euro mogłoby obniżyć stopy procentowe. Chodzi także o to, co kraj musiałby oddać w zamian.
Wejście do UE oznaczałoby konieczność dostosowania wielu przepisów, procedur i systemów do unijnego porządku prawnego. Dla dużych firm może być to łatwiejsze, bo mają kapitał, doradców i struktury pozwalające przechodzić przez regulacyjne zmiany. Dla małych i średnich przedsiębiorstw modernizacja, raportowanie, nowe wymogi administracyjne czy dostosowanie działalności do kolejnych przepisów mogą oznaczać realne koszty.
Warto też pytać o przyszłość gotówki i cyfrowych form pieniądza. W Unii Europejskiej nie jest to już wyłącznie teoretyczna dyskusja. Europejski Bank Centralny prowadzi konkretne prace nad cyfrowym euro, a jego pilotaż ma rozpocząć się w drugiej połowie 2027 roku i potrwać 12 miesięcy. Według ECB system ma być gotowy do potencjalnej pierwszej emisji w 2029 roku, jeśli odpowiednie przepisy zostaną przyjęte w 2026 roku.
Zwolennicy cyfrowego euro przedstawiają je jako nowoczesne narzędzie płatnicze, które ma wzmocnić niezależność Europy od prywatnych i pozaeuropejskich operatorów płatności. Krytycy pytają jednak o prywatność, kontrolę nad transakcjami, granice nadzoru oraz o to, czy w praktyce cyfrowa waluta banku centralnego nie stanie się kolejnym krokiem w stronę ograniczania znaczenia gotówki.
Nie chodzi o straszenie. Chodzi o uczciwą debatę. Jeśli społeczeństwu przedstawia się głównie korzyści wejścia do UE i przyjęcia euro, a pomija możliwe zagrożenia, koszty dostosowania, konsekwencje dla suwerenności gospodarczej oraz wpływ cyfrowego pieniądza na codzienne życie obywateli, to debata staje się niepełna. Obywatele powinni wiedzieć nie tylko, co mogą zyskać, ale również jakie mechanizmy kontroli, zależności i ograniczeń mogą pojawić się razem z wejściem w większy system finansowy.







